Daily Grind

Daily Grind

Young Thug – Punk

Mam głęboki szacunek do hip-hopu lat 90-tych i nie lubię robić niemożliwych porównań pomiędzy starym, a nowym pokoleniem, bo dzielą je kontynenty, tak Young Thug jest osobiście jednym z moich ulubionych raperów, do którego mógłbym wracać codziennie, nigdy się przy tym nie nudząc. Przez długi czas rap nie był w stanie wyjść poza dwie wielkie lokalizacje – Nowy Jork i Los Angeles. Na początku lat dwa tysiące rzeczy zaczęły się zmieniać, kiedy artyści tacy jak Kanye West czy Lil Wayne zaczęli łamać kody i granice, chociaż każde miejsce miało swoją kulturę i zasady. Nowi słuchacze rapu zainteresowali się bardziej różnorodnymi  rzeczami, a newcomerzy wprowadzali zgodnie z duchem kolejne zmiany. Kiedy w tamtym czasie pojawiła się Święta Trójca Trapu, Gucci Mane, T.I. i Young Jeezy, którzy również pozostawili po sobie pokaźne dziedzictwo, wciąż istniała duża rozbieżność opinii, pomiędzy zatwardziałymi purystami, a nowymi słuchaczami, dziewiczy trap walczył o wybicie się, choć już zaczynał zasiewać swoje ziarno. Ostatecznie ewolucja rapu znacznie przyspieszyła pod koniec pierwszej dekady XXI wieku, kiedy internet otworzył drzwi do nieskończoności, przekształcając rap na zawsze i oferując wielu artystom z całego świata dostęp do robienia tego, co chcieli. Trzeba zaznaczyć, że bez tej ewolucji tacy raperzy jak Young Thug nigdy nie mogliby zaistnieć i przetrwać w poprzednich dekadach, nie dlatego, że nie miał do tego wystarczająco dużo talentu, ale dlatego, że ludzie by go nie zaakceptowali, a on nie był na to gotowy. Czyli konkretnie chodzi o to, że bez André 3000, Kanye Westa, Lil Wayne’a i wszystkich „pionierów” świętej trójcy trapu, ekstrawagancja i melodie obecne w szczególności w rapie mogłyby nie istnieć (jednocześnie przed chwilą wymieniłem główne wpływy Thuggera). Elastyczny głos Thuga stał się jednym z najbardziej unikalnych dźwięków w hip-hopie drugiej połowy poprzedniej dekady i pomimo okazjonalnych prób naśladowania go (najlepszy przykład: Lil Uzi Vert na „XO TOUR Llif3”), nikt nie posunął się do takich skrajności, jak Young Thug, od wypaczania niezobowiązujących melodii po przechodzenie jego głosu w otrzeźwiający martwy ciąg.

P*NK to drugi studyjny album Young Thuga. Odwlekany w nieskończoność, bogaty w utwory rewolucyjne stylistycznie. Nie jest to album tak udany jak poprzednie, choć i tak muszę pochwalić ogromny skok w jego dyskografii i odwagę nazwania tego swoją nową tożsamością artystyczną. Powolne zgrzytanie gitarowych melodii i wokalna giętkość, imponujący braki pętli perkusyjnych i tradycyjny popowym songwriting. Niestety, Thug pozwala, by przeszkodził mu rutynowy trapowo-gwiazdorski sznyt. Nie jest to tak dziwaczne i idiosynkratyczne jak “Whole Lotta Red”, czy artystycznie pełne jak “Donda”, ale nie mogę zapomnieć o najważniejszych momentach i niesamowitym początku płyty; “Die Slow” doskonale nadaje ton (ten początkowy takt to najbardziej Young Thugowy tekst w historii), a “Stupid/Asking” zdecydowanie oddaje klimat „Beautiful Thugger Girls”. Pod siódmy indeksem znajduje się największy banger i mój faworyt, “Rich N Shit” z najbardziej Pierre’owskim bitem od dłuższego czasu. Przypomina mi on niektóre rzeczy z  “Hacked My Instagram”, mojego ulubionego kawałka Pierre’a. Całość jest wzbogacona świetnymi linijkami, zwłaszcza od Juice’a. Po tym punkcie dostajemy serię piosenek, które moim zdaniem są dość przeciętne, poza “Insure My Wrist”, które jest niezłe. Po dojściu do “Faces” wszystko wraca na właściwe tory z wyjątkiem “Icy Hot”, które obok “Livin It Up” (to jest najbardziej skręcająca próba hitu jaką usłyszałem w tym roku). Rocky brzmi niezręcznie pracując nad hookiem w swojej zwrotce. Cała rzecz jest po prostu okropna) jest najgorszą piosenką na płycie. Niestety, im dalej w głąb płyty, tym coraz mocniej uświadamiamy sobie, że temu albumowi naprawdę brakuje tej samej osobowości i pasji wokalnej, co w “BTG”.  Mam jeszcze jedno głośne ale: wokale i bity brzmią naprawdę rozbieżnie w wielu utworach, a głośność jest zbyt niska na każdym kroku. W niektórych utworach bity są naprawdę ciche. Smutno to widzieć, bo to łamie wiele spójności na płycie. Jest to też bardzo nietypowe dla krążków Thuga. Każdy projekt, który wydał przez ostatnie 6 lat nie miał w zasadzie żadnych problemów z miksowaniem, jak na moje ucho.

Dwoistość tego projektu bardzo mnie dezorientuje. Wygląda na to, że Thug miał wizję i brzmienie tego albumu, a potem przez wiele utworów -wypełniaczy – wyprowadził całość w innym kierunku. Intro jak i sam początek płyty doskonale pokazuje, czym w moim odczuciu Thug chciał, żeby ten projekt był. „Punk”, mimo że pozycjonowany jako album komercyjny, w ogóle nie zasługuje na to miano – to czysty mixtape z mnóstwem wypełniaczy, różnych, często źle skonstruowanych pomysłów, choć miejscami z przebłyskami, ale w sumie to szalony bałagan, gdzie nawet mastering i miks na poszczególnych utworach jest zupełnie inny – teatr absurdu i zarozumiałości, który nie zasługuje nawet na połowę swojego czasu antenowego. Ale to nie czyni go obrzydliwym – po prostu zrównuje jednego z liderów współczesnej sceny rapowej do jej słabszych „dzieciaków” i jeśli Ci to odpowiada – słuchaj i ciesz się tym, ale ja osobiście nie będę. Mogę też nie mieć racji i może my wszyscy powinniśmy po prostu pozwolić Thugowi być Thugiem, on zawsze będzie na swoim własnym torze, przesuwając granice gatunku.

 

Tekst: Grzegorz Kempiński

NAJWSPANIALSZY DZIEŃ W HISTORII HIP-HOPU

Taki tytuł nosiło specjalne, wrześniowe wydanie amerykańskiego magazynu XXL. Na rozkładanej, trzy-częściowej okładce mogliśmy zobaczyć ponad stu pięćdziesięciu, najlepszych jak na tamte czasy amerykańskich raperów!

Wszystko odbyło się 29 września 1998 roku w nowojorskim Harlemie. Fotografem był Gordon Parks, a cała akcja nawiązywała do jeszcze innego zdjęcia zrobionego 40 lat wcześniej, dokładnie w tym samym miejscu, gdzie Art Kane uwiecznił 57 wybitnych, amerykańskich jazzmanów dla magazynu Esquire.

Oprócz magicznej foty, na youtube znajdziemy mini dokument, w którym artyści wypowiadają się o wydarzeniu – dopiero tam zobaczycie ile gwiazd zjechało się tego dnia do Harlemu!

 

CERTIFIED DONDA BOY

Czy Kanye nigdy nie pogodził się z tym, że „Take Care” wyprzedało się w większym nakładzie niż „Watch The Throne” i zdobyło Grammy?

Wydaje się, że Kanye nigdy nie ogarnął do końca tego jak popularny stał się Drake. Aubrey parę lat temu powiedział w wywiadzie, że nie ma z Westem żadnych problemów – jest mu dobrze i to Kanye musi przepracować swoje wewnętrzne bolączki; komunikacja nic nie da, a jeśli problem leży tylko w jednej osobie, to nie jest to wspólny problem. Zarówno Kanye, jak i Jay-Z przyznali, że „Watch The Throne” miało na celu pokazanie Drake’owi jego miejsca. WTT miało być odpowiedzią na Drake’a, który przejmował coraz więcej udziałów w rynku hip-hopowym, ale nie udało mu się prześcignąć „Take Care” (o którym wszyscy wiedzieli od dawna, że nadchodzi). Drake szybko odpłacił się przemysłowi muzycznemu najnowszym wydawnictwem: dał Kendrickowi całą piosenkę w czasie, kiedy K. Dot potrzebował tylko trochę więcej ekspozycji.

Po tym jak Drake ogłosił, że jego album ukaże się 3 września, Kanye prawdopodobnie postanowił wydać „Dondę” wcześniej, ponieważ bał się, że zostanie przyćmiony przez swojego obecnego nemezis. Taka jest przynajmniej moja teoria. Mogę się mylić. 

Biorąc pod uwagę kontekst, nie sposób nie dokonać porównania „Certified Lover Boy” z niedawną „Dondą” Kanye’ego Westa. Oboje podziela fakt, że są to albumy w długim formacie, ale pomimo znużenia z tym związanego, Kanye wciąż ma tę zaletę, że pracuje nad konceptem, a zwłaszcza ma gust. „Certified Lover Boy” wpada we wszystkie pułapki ambitnego albumu, czyli w zdecydowanej większości mamy tu wypełniacze. Miałem wrażenie, że słuchałem już tej płyty, słyszałem ją nawet za dużo razy. Znam to prawie na pamięć, jakbym dostał podróbkę piosenek starego Drake’a. 

 Z drugiej strony mamy najbardziej muzycznie dopracowane wydawnictwo Westa od czasu „Yeezusa”. Podoba mi się uczucie mrocznej, dramatycznej pustki, które pojawia się na poszczególnych etapach albumu i nawet gdy płyta przechodzi w bardziej podniosłe brzmienie, ta minimalna przestrzeń nigdy w pełni nie znika. I w tym sensie nie uważam go za niedokończony, mimo że 27 utwory sprawiają wrażenie muzycznej cegły, przez którą trzeba przebrnąć. Za to Drake najwyraźniej nie odrobił lekcji. „Views”, „More Life”, „Scorpion” – te wszystkie projekty są głupio rozdęte; te kilka godnych uwagi utworów, które mają, są beznadziejnie zmącone przez zalew bzdur, które je otaczają. Miałem nadzieję, że Drake spróbuje tym razem stworzyć bardziej skupiony i okrojony projekt.

CLB zaczyna się dość mocno; „Champagne Poetry” to zdecydowanie mój ulubiony utwór, z charakterystyczną dla Kanye’ego chipmunk-soulową produkcją, która w drugiej połowie przeistacza się w bogatą w soulowe dźwięki hip-hopową melodię z urzekającym vintage’owym bassline’em. „Papi’s home” jest również całkiem zajmujący, z eleganckimi hi-hatami i głębokim syntezatorowym basem. „Way 2 Sexy” to zabawny i skoczny banger, w którym Future prowadzi większość utworu. Jeśli jakikolwiek kawałek ma być radiowym hitem, to ten może nim być. 

Drake to oczywiście artysta singlowy. Problem w tym, że kiedy jest się artystą singlowym i wydaje się album bez singli, z relatywnie kiepską strategią marketingową, nastawia się na letni odbiór. Muzyka ma być rozrywką, ale dlaczego siedząc przy niej czuję się jak na intensywnym treningu? Nie dlatego, że jest to porywający album, ale czułem się jakby mnie wykańczał. Naprawdę chciałabym doczekać dnia, w którym Drake znów wyda album, który będzie skupiał się na jakości, a nie na ilości i przestanie przedkładać potencjał streamingowy nad wszystko inne. Liczę też na płytę z zerową ilością kanadyjskiego dancehallu, ale „Certified Lover Boy” nawet tego nie potrafił. Przed wydaniem tego albumu byłem przekonany, że to będzie długograj, który spełni wszystkie te życzenia, ale nie jest do tego nawet bliżej niż „Scorpion”. Drake potrzebuje, żeby ktoś z jego obozu przemówił mu do rozsądku, bo cały album brzmi jak jeden wielki utwór, który jest taki sam jak wszystkie rzeczy, które zrobił wcześniej.

„Donda” to wysiłek Kanye’ego, aby ponownie umocnić się jako twórca hitów na współczesnej scenie hip-hopowej. Odkąd Drake wypuścił „Take Care”, zdolność Westa do dominowania na listach przebojów zaczęła się zmniejszać. TLOP bawił się powstaniem trapu i dancehallowego popu w stylu Rihanny, ale „Donda” to gatunkowy miszmasz niemal każdego nowego brzmienia, które opanowało scenę rapową w ciągu ostatnich 2 lat.  Featuringi nie reprezentują na płycie jego samego – są spojrzeniem świata zewnętrznego. W „Off The Grid” pojawia się Fivio Foreign z drillowym bitem; „Praise God” wprowadza Travisa, by zadziałał swoją trapową magią Astroworld; „Junya” to przezabawnie chrupiący klubowy banger z Playboi Cartim robiącym swoje; jest też sporo feelgoodowego R&B typu DJ Mustard, który Roddy Ricch pomógł spopularyzować. Kanye podchodzi do tych trendów z wyprzedzeniem w stosunku do Drake’a i dąży do tego, aby wszystkie te utwory jednocześnie bombardowały listy przebojów. W zasadzie jest to swego rodzaju odpowiedź na „Scorpion” Drake’a – ale w dobrym tego słowa znaczeniu. Akceptowalną krytyką w stosunku do „Dondy” jest to, że niektóre utwory nie są odpowiednio zmixowane, co powoduje, że brzmią na niedokończone i nadęte w niektórych momentach. Myślę, że należałoby też zmienić układ listy utworów, wyciąć niektóre z bardziej miernych i wtórnych kawałków, które tak naprawdę nie pasują do tematyki czy brzmienia albumu, i może znaleźć bardziej spójny sposób na poradzenie sobie z wieloma tematami i koncepcjami (Donda, życie osobiste Kanye, chrześcijaństwo, Larry Hoover, etc.).

Nie mam zamiaru bawić się w śmieszny „beef” między Drake’iem i Kanye: czas pokaże, który album lepiej poradzi sobie komercyjnie, ale pod względem hype’u, marketingu i samej jakości wydania, wygrał Kanye West. Biorąc pod uwagę, że „Donda” ukazała się zaledwie tydzień wcześniej, nie można mówić o żadnym z tych dwóch albumów w oderwaniu od pozostałych. Oba albumy są monstrualnej długości, ale jeden z nich ma konkretny kierunek i cel. (Podpowiedź: to nie jest CLB). „Certified Lover Boy”, jak wiele albumów Drake’a z przeszłości, to po prostu muzyka nastrojowa; gładka, opływowa i całkowicie bezpieczna, pozbawiony jakichkolwiek spójnych artystycznych deklaracji. Drake jest niezdolny do duchowości. Drake jest bryłą, warzywem, nadętym miliarderem powoli wchłanianym przez swój fotel biurowy.

Jeśli Drake chciał, aby ten album był konkurencją dla “Dondy” w jakimkolwiek innym wymiarze niż sprzedaż, to poniósł sromotną porażkę. „Donda” ma kilka wzlotów, których CLB nigdy nie osiągnie. Ten album zanudzi cię do łez, jeśli nie jesteś fanem Drake’a, i pozostawi cię obojętnym nawet jeśli jesteś fanem. Podchodząc do tego z otwartym umysłem i bezstronnym spojrzeniem, Kanye ma właśnie okazjonalne chwile chwały.

autor: Grzegorz Kempiński dla Daily Grind

PALUCH TOP25

Poprosiliśmy kilku artystów z naszej rodzimej sceny aby stworzyli listę rapowych płyt, które są dla nich szczególnie ważne. Albumy nie są ułożone od najlepszych do najgorszych – gdyż wszystkie zaliczają się do ścisłej topki. Znajdują się tam pozycje sentymentalne, takie z których artyści czerpali inspiracje, albo po prostu te katowane najczęściej. Zobacz jakich zajebistych rzeczy słucha twój idol i zacznij diggować dobrą muzykę!

Przed Wami szef BOR Records, Paluch i jego lista top 25 najważniejszych albumów rapowych!

 

BOOBA – TEMPS MORT

LUNATIC – MAUVAIS OEIL

113 – LES PRINCES DE LA VILLE

NAS – ILLMATIC

PRODIGY – H.N.I.C.

THE NOTORIOUS B.I.G. – READY TO DIE

PROJECT PAT – MISTA DON’T PLAY: EVERYTHANGS WORKIN

THREE SIX MAFIA – WHEN THE SMOKE CLEARS

OUTKAST – STANKONIA

KENDRICK LAMAR – GOOD KID, M.A.A.D. CITY

J. COLE – 2014 FOREST HILLS DRIVE

RICK ROSS – DEEPER THAN RAP

UGK – UNDERGROUND KINGZ

YELAWOLF – TRUNK MUZIK 0-60

SNOOP DOGG – THA DOGGFATHER

COOLIO – GANGSTA’S PARADISE

NATE DOGG – MUSIC & ME

DR.DRE – 2001

DRAKE – NOTHING WAS THE SAME

GRAND PUBA – 2000

SKEPTA – KONNICHIWA

2PAC – ALL EYEZ ON ME

JUICY J – STAY TRIPPY

MOLESTA – SKANDAL

HEMP GRU – KLUCZ

fot. Bartek Modrzejewski

SZPAKU TOP25

Poprosiliśmy kilku artystów z naszej rodzimej sceny aby stworzyli listę rapowych płyt, które są dla nich szczególnie ważne. Albumy nie są ułożone od najlepszych do najgorszych – gdyż wszystkie zaliczają się do ścisłej topki. Znajdują się tam pozycje sentymentalne, takie z których artyści czerpali inspiracje, albo po prostu te katowane najczęściej. Zobacz jakich zajebistych rzeczy słucha twój idol i zacznij diggować dobrą muzykę!

Przed Wami Szpaku aka Młody Simba, a oto jego lista:

CHIEF KEEF – FINALLY RICH

MAŁOLAT/AJRON – W POGONI ZA LEPSZEJ JAKOŚCI ŻYCIEM

LIL WAYNE – CARTER III

SŁOŃ – CHORE MELODIE

SOLAR/BIAŁAS – Z OSTATNIEJ ŁAWKI

VINNIE PAZ – SEASON OF THE ASSASSIN

KANYE WEST – MY BEAUTIFUL DARK TWISTED FANTASY

PEZET – MUZYKA KLASYCZNA

SHELLERINI & SŁOŃ – WYŻSZA SZKOŁA ROBIENIA HAŁASU

BIG L – LIFESTYLEZ OV DA POOR & DANGEROUS

TRAVIS SCOTT – DAYS BEFORE RODEO

TRAVIS SCOTT – ASTROWORLD

JIMSON – GORĄCZKA W PARKU IGIEŁ

QUEBONAFIDE – EKLEKTYKA

CHADA – PROCEDER

PIH – KWIATY ZŁA

MŁODY M – KRONIKA REMIX

PNL – DANS LA LÉGENDE

YOUNG THUG – JEFFERY

TEDE – ESENDE MYLFFON

JAY Z/KANYE WEST – WATCH THE THRONE

WIZ KHALIFA – BLACC HOLLYWOOD

RAE SREMMURD – SREMMLIFE

BIAŁAS – REHAB

ASAP ROCKY – LONG LIVE ASAP

 

42 POLSKIE RAPOWE NUMERY O JARANIU

Z okazji święta jaraczy, zaktualizowaliśmy listę polskich, rapowych numerów z marihuaną w tle! Wszystkiego dobrego dla palaczy! ELO!

1. YOUNG IGI FT. PIKERS – KUSH

2. ŻABSON FT. MATA – AROMATYCZNE PRZYPRAWY

3. FIRMA – PALĘ

4. BORIXON FT. RETO – JACKIECHAN

5. KALI/FIRMA – JEDEN BUCH

6. GANG ALBANII – MARIHUANA

7. PCP – UCIUANY GIECIK

8. GURAL – MARIHUANA (SADZIĆ, PALIĆ, ZALEGALIZOWAĆ)

9. GUZIOR – BLUEBERRY

10. WŁODI – W DRODZE PO TOWAR

11. WŁODI FT. DANNY – PROCES SPALANIA

12. TEDE FT. SETA – NAJARAJ SIĘ MARIĄ

13. TRZYHA/WARSZAWSKI DESZCZ – GRAM W ZIELONE (JARAM!)

14. OSTR – JA I MÓJ LOLO

15. KOBIK FT. KABE – SMOK

16. PROCEENTE & EMIL G. – RYTUALNY JOINT

17. MOLESTA EWENEMENT FT. TEDE, NUMER RAZ – JA WOLĘ SIĘ NASTUKAĆ

18. FUNDACJA #1 FT. KAZAN – JARAM

19. GANJA MAFIA – POLE MARYSI

20. GANJA MAFIA – DOBRE GEESY

21. SB MAFFIJA – DZIECI WE MGLE

22. DINAL FT. SMARKI SMARK – CHRYZANTEMY ZŁOCISTE

23. KAJMAN FT. BUSZU, DEJAN, BORIXON, SITEK – RADIO 5G

24. TRZECI WYMIAR – GANJA KRĄG

25. PEZET – SPRAWA W TOKU

26. ARAB FT. COMSON – SMAK NA BLANTA

27. KALIBER 44 – NASZE MÓZGI WYPEŁNIONE SĄ MARIĄ

28. CHILLWAGON – STUKUPUKU

29. WYSOKI LOT – BONGO

30. KACEZET FT. GVERILLA – STONER

31. BIAŁAS/LANEK – FRAKTALE

32. WICE WERSA – PCHAJ TEN TOWAR W MIASTO

33. VNM – PLACEK

34. SOKÓŁ – DENTYSTA

35. RENA, SOBOTA, WINI – SUSZYĆ KRUSZYĆ

36. NUMER RAZ – ZIELONO MI

37. JARECKI FT. GRUBSON – ZIELONY

38. LIROY – PROYEKCJE ASTRALNE

39. WAC TOJA X ŻABSON – JAMES BONG

40. HEMP GRU FT. ŻARY – ZJEDZ SKRĘTA

41. HEMP GRU – MERY MERY

42. HEMP GRU – GANJA

DAILY GRIND JUŻ NA YOUTUBE!

Kochani! Nadszedł ten moment w który zaczynamy wchodzić na kolejne platformy. Naturalną koleją rzeczy był dla nas youtube gdyż docelowo chcemy iść właśnie w content video.

Na pierwszy ogień idzie lekko bekowe i pastiszowe video na którym testujemy „rapowe” chipsy. Towarzyszy nam również gość specjalny. Nie ma co gadać, musicie to zobaczyć! Potrzebujemy też trochę miłości, będzie nam bardzo miło jeśli zasubskrybujecie nasz kanał, gdyż planujemy wrzucać tu nie tylko „śmieszne” filmiki. Będzie poważnie, będzie merytorycznie i konkretnie. Zaufajcie nam, już niedługo będzie to Wasz ulubiony kanał o rapie!

OIO TOP 25

Poprosiliśmy kilku artystów z naszej rodzimej sceny aby stworzyli listę rapowych płyt, które są dla nich szczególnie ważne. Albumy nie są ułożone od najlepszych do najgorszych – gdyż wszystkie zaliczają się do ścisłej topki. Znajdują się tam pozycje sentymentalne, takie z których artyści czerpali inspiracje, albo po prostu te katowane najczęściej. Zobacz jakich zajebistych rzeczy słucha twój idol i zacznij diggować dobrą muzykę!

Przed Wami supergrupa OIO w skład której wchodzą; Oki, Young Igi oraz Otsochodzi. Poniżej lista od chłopaków:

OKI:

SCHOOLBOY Q – OXYMORON

MGK – BLACK FLAG MIXTAPE

ASAP ROCKY – LONG LIVE ASAP

J COLE – FOREST HILL DRIVE

NOTORIOUS B.I.G. – READY TO DIE

DR.DRE – 2001

JOEY BADASS – B4DA$$

TRAVIS SCOTT – ASTROWORLD

 

YOUNG IGI:

DR.DRE – 2001

WIZ KHALIFA – KHALIFA

YOUNG THUG – JEFFERY

YOUNG THUG – SO MUCH FUN

OFFSET – FATHER OF 4

DJ MUSTARD – PERFECT TEN

50 CENT – GET RICK OR DIE TRYIN’

POST MALONE – HOLLYWOOD’S BLEEDING

 

OTSOCHODZI:

JOEY BADASS – 1999

KANYE WEST – THE LIFE OF PABLO

MOLESTA + KUMPLE

ASAP ROCKY – LONG LIVE ASAP

LIL UZI VERT – LIL UZI VERT VS. THE WORLD

NAV – NAV

WIZ KHALIFA – O.N.I.F.C.

JUICY J – STAY TRIPPY

 

A 25 wyborem jest ich nadchodzący album

OIO – OIO

Kto nie słyszał jeszcze singli, polecamy nadrobić zaległości, jak również zaopatrzyć się w preorder!