Daily Grind

Daily Grind

CERTIFIED DONDA BOY

Czy Kanye nigdy nie pogodził się z tym, że „Take Care” wyprzedało się w większym nakładzie niż „Watch The Throne” i zdobyło Grammy?

Wydaje się, że Kanye nigdy nie ogarnął do końca tego jak popularny stał się Drake. Aubrey parę lat temu powiedział w wywiadzie, że nie ma z Westem żadnych problemów – jest mu dobrze i to Kanye musi przepracować swoje wewnętrzne bolączki; komunikacja nic nie da, a jeśli problem leży tylko w jednej osobie, to nie jest to wspólny problem. Zarówno Kanye, jak i Jay-Z przyznali, że „Watch The Throne” miało na celu pokazanie Drake’owi jego miejsca. WTT miało być odpowiedzią na Drake’a, który przejmował coraz więcej udziałów w rynku hip-hopowym, ale nie udało mu się prześcignąć „Take Care” (o którym wszyscy wiedzieli od dawna, że nadchodzi). Drake szybko odpłacił się przemysłowi muzycznemu najnowszym wydawnictwem: dał Kendrickowi całą piosenkę w czasie, kiedy K. Dot potrzebował tylko trochę więcej ekspozycji.

Po tym jak Drake ogłosił, że jego album ukaże się 3 września, Kanye prawdopodobnie postanowił wydać „Dondę” wcześniej, ponieważ bał się, że zostanie przyćmiony przez swojego obecnego nemezis. Taka jest przynajmniej moja teoria. Mogę się mylić. 

Biorąc pod uwagę kontekst, nie sposób nie dokonać porównania „Certified Lover Boy” z niedawną „Dondą” Kanye’ego Westa. Oboje podziela fakt, że są to albumy w długim formacie, ale pomimo znużenia z tym związanego, Kanye wciąż ma tę zaletę, że pracuje nad konceptem, a zwłaszcza ma gust. „Certified Lover Boy” wpada we wszystkie pułapki ambitnego albumu, czyli w zdecydowanej większości mamy tu wypełniacze. Miałem wrażenie, że słuchałem już tej płyty, słyszałem ją nawet za dużo razy. Znam to prawie na pamięć, jakbym dostał podróbkę piosenek starego Drake’a. 

 Z drugiej strony mamy najbardziej muzycznie dopracowane wydawnictwo Westa od czasu „Yeezusa”. Podoba mi się uczucie mrocznej, dramatycznej pustki, które pojawia się na poszczególnych etapach albumu i nawet gdy płyta przechodzi w bardziej podniosłe brzmienie, ta minimalna przestrzeń nigdy w pełni nie znika. I w tym sensie nie uważam go za niedokończony, mimo że 27 utwory sprawiają wrażenie muzycznej cegły, przez którą trzeba przebrnąć. Za to Drake najwyraźniej nie odrobił lekcji. „Views”, „More Life”, „Scorpion” – te wszystkie projekty są głupio rozdęte; te kilka godnych uwagi utworów, które mają, są beznadziejnie zmącone przez zalew bzdur, które je otaczają. Miałem nadzieję, że Drake spróbuje tym razem stworzyć bardziej skupiony i okrojony projekt.

CLB zaczyna się dość mocno; „Champagne Poetry” to zdecydowanie mój ulubiony utwór, z charakterystyczną dla Kanye’ego chipmunk-soulową produkcją, która w drugiej połowie przeistacza się w bogatą w soulowe dźwięki hip-hopową melodię z urzekającym vintage’owym bassline’em. „Papi’s home” jest również całkiem zajmujący, z eleganckimi hi-hatami i głębokim syntezatorowym basem. „Way 2 Sexy” to zabawny i skoczny banger, w którym Future prowadzi większość utworu. Jeśli jakikolwiek kawałek ma być radiowym hitem, to ten może nim być. 

Drake to oczywiście artysta singlowy. Problem w tym, że kiedy jest się artystą singlowym i wydaje się album bez singli, z relatywnie kiepską strategią marketingową, nastawia się na letni odbiór. Muzyka ma być rozrywką, ale dlaczego siedząc przy niej czuję się jak na intensywnym treningu? Nie dlatego, że jest to porywający album, ale czułem się jakby mnie wykańczał. Naprawdę chciałabym doczekać dnia, w którym Drake znów wyda album, który będzie skupiał się na jakości, a nie na ilości i przestanie przedkładać potencjał streamingowy nad wszystko inne. Liczę też na płytę z zerową ilością kanadyjskiego dancehallu, ale „Certified Lover Boy” nawet tego nie potrafił. Przed wydaniem tego albumu byłem przekonany, że to będzie długograj, który spełni wszystkie te życzenia, ale nie jest do tego nawet bliżej niż „Scorpion”. Drake potrzebuje, żeby ktoś z jego obozu przemówił mu do rozsądku, bo cały album brzmi jak jeden wielki utwór, który jest taki sam jak wszystkie rzeczy, które zrobił wcześniej.

„Donda” to wysiłek Kanye’ego, aby ponownie umocnić się jako twórca hitów na współczesnej scenie hip-hopowej. Odkąd Drake wypuścił „Take Care”, zdolność Westa do dominowania na listach przebojów zaczęła się zmniejszać. TLOP bawił się powstaniem trapu i dancehallowego popu w stylu Rihanny, ale „Donda” to gatunkowy miszmasz niemal każdego nowego brzmienia, które opanowało scenę rapową w ciągu ostatnich 2 lat.  Featuringi nie reprezentują na płycie jego samego – są spojrzeniem świata zewnętrznego. W „Off The Grid” pojawia się Fivio Foreign z drillowym bitem; „Praise God” wprowadza Travisa, by zadziałał swoją trapową magią Astroworld; „Junya” to przezabawnie chrupiący klubowy banger z Playboi Cartim robiącym swoje; jest też sporo feelgoodowego R&B typu DJ Mustard, który Roddy Ricch pomógł spopularyzować. Kanye podchodzi do tych trendów z wyprzedzeniem w stosunku do Drake’a i dąży do tego, aby wszystkie te utwory jednocześnie bombardowały listy przebojów. W zasadzie jest to swego rodzaju odpowiedź na „Scorpion” Drake’a – ale w dobrym tego słowa znaczeniu. Akceptowalną krytyką w stosunku do „Dondy” jest to, że niektóre utwory nie są odpowiednio zmixowane, co powoduje, że brzmią na niedokończone i nadęte w niektórych momentach. Myślę, że należałoby też zmienić układ listy utworów, wyciąć niektóre z bardziej miernych i wtórnych kawałków, które tak naprawdę nie pasują do tematyki czy brzmienia albumu, i może znaleźć bardziej spójny sposób na poradzenie sobie z wieloma tematami i koncepcjami (Donda, życie osobiste Kanye, chrześcijaństwo, Larry Hoover, etc.).

Nie mam zamiaru bawić się w śmieszny „beef” między Drake’iem i Kanye: czas pokaże, który album lepiej poradzi sobie komercyjnie, ale pod względem hype’u, marketingu i samej jakości wydania, wygrał Kanye West. Biorąc pod uwagę, że „Donda” ukazała się zaledwie tydzień wcześniej, nie można mówić o żadnym z tych dwóch albumów w oderwaniu od pozostałych. Oba albumy są monstrualnej długości, ale jeden z nich ma konkretny kierunek i cel. (Podpowiedź: to nie jest CLB). „Certified Lover Boy”, jak wiele albumów Drake’a z przeszłości, to po prostu muzyka nastrojowa; gładka, opływowa i całkowicie bezpieczna, pozbawiony jakichkolwiek spójnych artystycznych deklaracji. Drake jest niezdolny do duchowości. Drake jest bryłą, warzywem, nadętym miliarderem powoli wchłanianym przez swój fotel biurowy.

Jeśli Drake chciał, aby ten album był konkurencją dla “Dondy” w jakimkolwiek innym wymiarze niż sprzedaż, to poniósł sromotną porażkę. „Donda” ma kilka wzlotów, których CLB nigdy nie osiągnie. Ten album zanudzi cię do łez, jeśli nie jesteś fanem Drake’a, i pozostawi cię obojętnym nawet jeśli jesteś fanem. Podchodząc do tego z otwartym umysłem i bezstronnym spojrzeniem, Kanye ma właśnie okazjonalne chwile chwały.

autor: Grzegorz Kempiński dla Daily Grind