Daily Grind

Daily Grind

Hotel Maffija 2 – Podsumowanie

Od pierwszego Hotelu Maffija minęło półtora roku, a SBM ugruntował swoją pozycję na scenie, wyprzedzając Que Quality o długość prawie siedmiuset tysięcy subskrypcji, stając się największym labelem wydającym szerokorozumiany „nowy rap” i nie tylko. Czy zamiana domku na Mazurach, na Pałac w Krzykosach to znak czasów, w których disco-polo przestało być najpopularniejszym gatunkiem muzycznym w Polsce i to m.in gracze SBM Label wywindowali rap na szczyty streamingowych rankingów?

Wzmocnieni transferami Fukaja, Kinny’ego Zimmera oraz gościnnymi występami Nypla, przedstawiciele SB Mafiiji, po raz kolejny chcieli udowodnić, że pomimo zażartej dyskusji o kondycji polskiego rapu, wszyscy z osobna potrafią się wybronić swoją charyzmą i jakością prezentowanej twórczości. W zaaranżowanym na potrzeby nagrań tymczasowym studio, przez tydzień tworzyli utwory, które finalnie pojawiły się na płycie Hotel Maffija 2.

Pierwsze, co może przychodzić do głowy, śledząc od samego początku skalę tego projektu, to wątpliwości, czy okoliczności nagrywania tej płyty będą sprzyjać jej klasyczności, tak jak było to w przypadku pierwszego Hotelu – wczesnowakacyjny klimat, mniejsza presja ze względu na brak odniesienia do pierwowzoru, dosłowne skazanie na siebie – nawet w kwestii robienia sobie codziennych posiłków. Tę symbiozę czuć było na płycie, która wypluła masę mocnych numerów w stylu „A pamiętasz jak”, „Zimna noc i szybkie auta” z niezawodnym Whitem (na pewno zaraz do niego przejdziemy!), czy tytułowy „Hotel Maffija”. Były w tych piosenkach pokłady dobrej zabawy, wzajemnego zrozumienia na majku, uchwycenie ducha przemijania aktualnego dla naszego pokolenia i wszystko to, co dobrze kojarzy się z rapem i melanżem. Niech pierwsza część Hotelu posłuży nam za punkt odniesienia w ocenie dopiero co wypuszczonej kontynuacji. 

Czy Hotel Maffija 2 stracił na spontaniczności i stał się  dobrze wykalkulowaną inicjatywą, która ma prawo bytu tylko w viralowej, social-mediowej przestrzeni, biorąc pod uwagę sprzyjającą koniunkturę na rap (do której cegiełkę niewątpliwie dokłada też  ekipa Solara, Białasa i spółki). Uważamy, że niekoniecznie. Od pierwszych singli, czyli „Parapetówki” i „Za karę” wyłoniła się pewna spójność – eklektyczny trap o balladowym zabarwieniu, który niekoniecznie szuka parkietowej hitowości, tylko w pełni stawia na kreatywność Lanka, francisa i Pedro. Pierwsze skrzypce grają refreny – Kinny Zimmer może okazać się najważniejszą postacią SBM w 2022 – niesie na barkach prawie każdy utwór, w którym udziela się gościnnie. Zabija melodycznością i niewymuszonym luzem. A kroku dotrzymuje mu również White. Im dalej w głąb płyty tym częściej słyszymy drobną rewoltę stylistyczną, Numer na drillowym patencie znowu buja dzięki Kinny’emu. „co to za bluza lanek?” to chyba najbardziej popowy kawałek na płycie, który powinien znaleźć zwolenników wśród fanów youtubowego rapu (czy jest to plus czy minus – subiektywna kwestia). Mamy też dwa numery z Nyplem, któremu warto poświęcić kilka słów: ten młodziak wprowadził naprawdę sporo świeżości. Na vlogach było widać, że szybko zaaklimatyzował się wśród największych ksywek w branży, a w gościnnych numerach zarażał pozytywnym wajbem, pokazując swój wyluzowany styl, by zaraz potem wjechać z bezkompromisową nawijką. Zwrotka w kawałku „Droga Pani” przypomina „Gustawowego” Bedoesa, a w „Zielonej szkole” świetnie rozumie szkolno-konopny motyw przewodni.

Później następują dwa potencjalne skoki na hity, z którego „Wroobel daj to głośniej” wychodzi obronną ręką – organiczny trap z mocnymi zwrotkami i wbijającym się refrenem Białasa to sprawdzony przepis, który wyszedł i tym razem. „Bania u Solara” to pastisz remizowo-manieczkowego stylu przełomu tysiąclecia, ale patrząc na wyświetlenia, jego prostota nie uderzyła słuchaczy i całkiem możliwe, że bez odpowiednich warunków do odsłuchu tego kawałka, zostanie on zmarginalizowany i potraktowany tylko jako tracklistowa ciekawostka. 

Teraz dochodzimy do kolejnego przełomowego momentu na płycie, który odwraca stylistykę krążka i nie pozwala się nim wynudzić – „Chodzę po Luwrze” to jeden z najciekawszych kawałków na Hotelu Maffija; jest truskulowy Bedoes, który coraz mocniej utwierdza nas w przekonaniu, że to mógłby być dla niego naturalny kierunek w karierze, patrząc na boom bap revival i coraz częstsze zerkanie słuchacza w stronę wszelakiego abstract rapu. Do czynienia mamy tutaj po prostu ze świetnymi zwrotki na bicie, który wyciska z gospodarzy wszystko, co najlepsze. A propo bitów, produkcji i wygranych hotelu, to wszyscy wiedzą o kim będzie teraz mowa, jeśli powiem jedno tylko słowo „Prometyzyna” – rap Lanka to już nie tylko wysokoprocentowe bekowanie z polskiego rapu, a masa pomysłów na kolejne patenty na refreny i zwrotki. 

Jeśli wcześniej można było czekać z przymrużeniem oka na ewentualny materiał od Kamila, tak teraz wszyscy jesteśmy ciekawi, co wyjdzie z tej godnej pomysłów Kanye wizji na muzykę, którą skrupulatnie rozwijał na drugim hotelu („Wiatr wielkich zmian” to ciekawie artystyczne prowokowanie własnym ego, co do nas zdecydowanie przemawia). Bracia Kacperczyk i ich  indie-rockowe „Postanowienia noworoczne” -to numer, który wyszedł bardzo przyjemnie, wraz z  followupem do „Californi” White’a – zdecydowanie kandydat na wakacyjny klasyk wszystkich spontanicznych imprez i wypadów za miasto. 

Skute Bobo z Gombao 33 zrobili po prostu to, na co mieli ochotę i siły w tamtym momencie. Repetytywny, melanżowy, srogo zjarany numer, który równie dobrze mógłby zarapować Donguralesko. Może teraz to dla niektórych zbyt dziwna jazda, ale mamy pewność, że po czasie takie numery najwięcej nadrabiają. 

Powoli docierając do końca projektu dostajemy kawałek, który już w czasie snippetów wzbudzał największe emocje. „Lawenda” to przesiąknięty emocjami kawałek, który ma chyba najładniej wyśpiewany refren na całym albumie. Łajcior i Kinny wznoszą się na swoje wyżyny, Białas z Bedoesem uzupełniają całość zwrotkami pełnymi pasji. Naszym zdaniem to murowany hit, który będzie słuchany jeszcze długo po zakończeniu Hotelu. Broni się muzycznie na każdej płaszczyźnie, a refren zostaje w głowie i nie może z niej wypaść.

 

Dobrnęliśmy zatem do końca. Co pozostawia po sobie Hotel Maffija? Myślimy, że naprawdę sporo trafionych pomysłów, ale w tej zuchwałości i spontaniczności jest też kilka przeszarżowanych piosenek, co w natłoku twórczej kreatywności i ilości raperów nie powinno nikogo dziwić. 

Solar z Białasem pokazują, że nadal mają głowę na karku i artystyczny zmysł, który sprawia, że SBM Label jest nadal krok przed pozostałymi wytwórniami w Polsce. Kontynuacja mazurskiego longpleja nie była jego kalką, a miejscami zdecydowanie bardziej dojrzałym materiałem. Należy  oddać SBM to, że próbują tchnąć życie, w gatunek, który wg. słów samego Solara zostaje powoli przesycony, by następnie zostać wypluty przez swoją wtórność. Mamy bardzo podobnie wnioski, patrząc na rodzimą scenę i to, co dzieje się obecnie w Stanach. Płyty, które wyjdą w okolicach 20022 i 2023 będą uznawane za ostatnie płyty w polskim trapie. Przypomina to trochę końcową fazę metalu z początku lat 90-tych, tzw. hair-metal który jest bliźniaczą sytuacją dla obecnego rapu; często pusta wywłoka pięknej kultury, popychany marketingiem dla idiotów i najtańszymi patentami, które sprzedają się tylko ze względu na wywindowanie gatunku hip-hop do granic absolutnego, komercyjnego szczytu. Jeśli coś udało się ugrać w Krzykosach to zdecydowanie poczucie spełnienia wewnętrznej misji, może wypełnienia rapowego testamentu założycieli SBM, w którym walka na charyzmę w nagraniowej kabinie i ciągłe podnoszenie poprzeczki swoim rapowym oraz majorsowym oponentom, to cel sam w sobie. Widzimy w tym mały impuls, za którym mogą przyjść zmiany i mikro-trendy na ten rok. Czy będą one widoczne? Ciężko typować, ale na pewno polski słuchacz będzie chciał być bliżej rapu swojego ulubionego artysty, często dając mu większy kredyt zaufania dla zmian w jego twórczości, niekoniecznie idącej w stronę TikTokowego, przekalkulowanego hitu.

Tekst: Grzegorz Kempiński @grzkem